|
|
Przestajesz liczyć swoje kroki, podniosisz głowę i spoglądasz przed siebie. Widok sprawia, że twoje serce zaczyna bić szybciej. Bierzesz głębszy wdech i nie
odrywasz już wzroku od celu swojej podróży. Jest nim ogromne, ciemne miasto ogrodzone potężnym murem. Z daleka widzisz fragment lekko oświetlonej dzielnicy mieszkalnej, duży
zamek i ciemny labirynt. Schodząc powoli po wzniesieniu kierujesz się w stronę głównej bramy, jednej z czterech. Jest przeraźliwie cicho, jedyne co słyszysz to błoto niemiło mlaskające pod butami. Twój długi
cień miga przed tobą w świetle księżyca. Po tak długiej wędrówce cieszysz się na widok wysokiego gwardzisty który stoi w bramie oświetlony pobliską
latarnią. Bez słowa wskazuje ci Rejestr, grubą księgę okutą w metal leżącą na stole razem z piórem.
Bez chwili zastanowienia podchodzisz do księgi z napisem "Rejestr mieszkańców" leżącej na stole. Odkładasz na bok swoją torbę podróżną i bierzesz do ręki pióro. Przez chwilę słyszysz tylko ciche skrobanie,
spokojny oddech gwardzisty i twój szybki podekscytowany oddech. W ciemnym świetle latarni wypełniasz wymagane pola.
Ostatnie wieści:
Egzekucja (Tenar)2010-01-09...
"Mroźny wiatr poruszał miarowo trzema zawieszonymi na drewnianej ramie pętlami miarowo.
Zgodnym rytmem powiewały wraz z nimi bezlistne i suche korony drzew z Avantiel, spódnice dam, które - ciekawe widowiska - zebrały się na Centralnej polanie, oraz obszernymi, szkarłatnymi szatami Vestenfora Maane, który stał u boku swej matki, jak zawsze surowej i niewzruszonej, podobnej posągom w świątyni Teathe-di.
W oczach obojga malowało się oczekiwanie. Szare tęczówki elfa, pełne żywego zainteresowania, biegały po twarzach zebranych, rejestrując malujące się na nich emocje, badały detale konstrukcji szubienicy, co jakiś czas przenosząc się też na oblicza skazańców, jakby z nadzieją, że uda się dostrzec w nich lęk lub skruchę.
Przeciwnie pani Maane. Ona stała wyprostowana, spowita w bezpieczne czernie, starannie osłonięta przed słabym światłem dnia, wpatrzona nieruchomo w huśtające się miarowo pętle, napięta w oczekiwaniu, ale stanowcza i władcza, samą postawą dobitnie pokazująca, że sprzeciw nie wchodzi w rachubę.
Zebrani na placu również patrzyli na rozgrywającą się przed nimi scenę. Jedni niedowierzali, że majordom Adarlun naprawdę zamierzała rozwiązać sprawę w tak radykalny sposób, inni wręcz radowali się, że oto sprawiedliwość, której oczekiwali, dosięgnąć ma winnych.
Kiedy Jednooka skinęła ręką, mistrz ceremonii, kat o zasłoniętej ciemnozielonym kapturem twarzy wprowadził na podest troje skazanych.
Na twarzy starszego, żylastego mężczyzny malowała się zawziętość, doskonale widoczna pomimo fioletowych sińców na skórze, złamanego nosa, rozciętego łuku brwiowego i paskudnej, jątrzącej się blizny po oparzeniu na lewym policzku. Był tak słaby, że nie mógł iść o własnych siłach, a choć opieranie się o kata napawało go odrazą, podtrzymywał się na nim dość silnie, by nie upaść.
- Mieszkańcy Adarlun. – Głos pani Maane był spokojny, pozbawiony jakiejkolwiek nuty zdradzającej niepewność co do swej decyzji, podniecenie, czy też wściekłość, która być może właśnie kobietą powodowała. Uniosła lekko dłoń ku górze, dając znak, że kat ma założyć pętlę na szyję mężczyzny. Stojący po obu stronach szubienicy gwardziści zacisnęli dłonie na halabardach i wyprostowali się nerwowo.
- Mężczyzna ten, Yessar Garof, został przyprowadzony przed moje oblicze i posądzony o paranie się czarną magią. Zrazu zaprzeczył, jednak wina jego jest niewątpliwa, a choć zmuszenie go do przyznania się wymagało niewielkiej perswazji, uczynił to. Jako rzekłam zatem, zostanie ukarany tak, jakby był zabójcą nieszczęsnego dziecka, którego śmierć stała się przyczyną tego wszystkiego. Nie umrze jednak samotnie... – Bloodlanka skinęła dłonią ponownie, a kat oddalił się, by po chwili wprowadzić drugą skazaną, młodą eknaskę w brudnym i zakrwawionym mundurze królewskiej Gwardii. Z jej oblicza wyczytać można było wściekłość, ale i zażenowanie. Wstąpiła w szeregi Gwardii z nadzieją na pomoc w wymierzaniu sprawiedliwości, a nie z perspektywą, że wkrótce sama stanie się jej ofiarą. Pani Curunir oczywiście nie wiedziała o niczym, bowiem majordom Adarlun na swoim terenie czuła się ponad prawem obejmującym całe Królestwo i nie uważała, by taka decyzja wymagała omówienia z kimkolwiek. Król Avanarion wciąż – o ile wiedziała – walczył o życie po niefortunnym wypadku podczas drogi do świątyni, zaś Namiestnik zajęty był swoją rodziną i czekanie, aż któryś z nich zechce wyrazić swoją opinię nie leżało w naturze Szarańczy. Wolała rozwiązać to na własną rękę, mając nadzieję, że decyzja zostanie uznana za słuszną. Wszak czy wcześniej nie dowodziła, że nie uczyniła niczego, co odbiłoby się na jej ziemiach niekorzystnie, lub co mogłoby zaszkodzić całemu Santic? Cieszyła się opinią pochlebną u władz, a choć lud niekoniecznie ją podzielał, bloodlanka dokonując samosądu czuła się nad wyraz bezpiecznie.
- Virhilio. Jako oficer Gwardii zobowiązana byłaś strzec Królestwa, przestrzegać jego praw i przedkładać jego interesy nad własne. Praktykowałaś jednak czarną magię i nie zarzuciłaś jej, gdy tylko stało się wiadomym, co czeka tych, którzy się nią parają. Miast pomóc nam w ujęciu Tobie podobnych, których z pewnością znasz wielu, wolałaś pomóc im ukryć się przed moim gniewem. Sama go jednak nie unikniesz. – Tenar Maane ponownie dała znak katu, by podprowadził skazaną pod szubienicę i nałożył pętlę i na jej szyję.
Zebrany na placu tłum wstrzymał oddech, spodziewając się, że już niebawem oboje zawisną na ich oczach. Wrażliwe damy zasłaniały oczy wachlarzami z pawich piór, ich mężowie przeciwnie, zerkali zaciekawieni na szubienicę, wymieniając półgębkiem uwagi dotyczące grubości i długości sznurów, z jakich zrobiono pętle i mechanizmu zapadni, jaki umożliwiał sprawną egzekucję.
Kolejne uniesienie dłoni uciszyło ich jednak. Majordom Adarlun spojrzała na skazanych beznamiętnie swoim jedynym okiem i rzekła głośno:
- Jeśli wierzycie w bogów, módlcie się do nich. Uznaję was winnymi zaistniałej zbrodni i skazuję na karę śmierci przez powieszenie. Wasze ciała zostaną spalone, byście nawet jako ożywieńcy, za sprawą wam podobnych, nie mogli postanąć na tej ziemi już nigdy.
Mistrz ceremonii, z niewidocznym pod kapturem pełnym podniecenia uśmiechem, wyczuwając intencje Jednookiej, pociągnął drewnianą dźwignią sterującą zapadnią. Klapa usunęła się spod nóg obojga skazanych, odbierając im oparcie dla stóp. Trzask zaciskającego się wokół szyi namoczonego uprzednio sznura i pękających pod ciężarem ciała kręgów szyjnych oznajmił zebranym, że wola Szarańczy się dokonała.
- Niechaj to będzie przestrogą dla tych wszystkich, którzy uważają, że mój gniew to czcze pogróżki. – rzekła majordom Adarlun dobitnie, po czym ze stoickim spokojem zeszła z drewnianego podestu w asyście swego wyraźnie uradowanego syna i udała się do ratusza.
Tłum zaś patrzył oniemiały na dwie siniejące już twarze wisielców, na ich wybałuszone oczy, opuchnięte języki, na niekontrolowane drgawki targające ich stopami i dłońmi, wdychał zapach ekskrementów, który wydzielały ich ciała i wiedział, że zemsta nekromantów, jeśli dojdzie do skutku, będzie straszliwa.
".
Nagonka (Tenar)2010-01-02...
"Adarlun. Miasto najbardziej dalekie chyba od zepsucia właściwego stolicy i plugastwa, dotąd będącego domeną Claritine, trzymające się wręcz na uboczu i żyjące własnym, niespiesznym rytmem. Spokojne, senne, jakby odurzone narkotykiem, nudne podług jednych, a podług innych kojące, tego ranka doświadczyło jednak czegoś, co dotąd wydawało się być niemożliwym.
Centralna Polana, główny plac miejski, o świcie – niepodobna to! - przypominało raczej ogromny ul, niźli spokojne targowisko, wypełnione przyduszonymi okrzykami kupców i narzekaniami klientów, którym było zazwyczaj o tej porze. Dzisiaj jednak nikt nie robił zakupów, nikt nie zachwalał towarów, nikt nie targował się o ceny. Głosy były podniesione, ale i pełne trwogi, oczy odwracały się od tego, co znajdowało się na środku placu, otoczone wianuszkiem gwardzistów i gapiów lubujących się w ohydzie.
- Potworność...poinformowali już tę szkaradę w ratuszu? – Wachlująca się dłonią kobieta, zasłaniająca przy okazji oczy własnemu, wyrywającemu się na środek placu dziecku, zwróciła się do stojącej obok statecznej matrony, która patrzyła na wszystko niewzruszona, pełna dezaprobaty raczej, niż przerażenia.
- Nie nazywaj pani Maane tak. To zła kobieta, owszem, ale nie odmówisz jej zdecydowania w działaniu. U niej słowo i czyn idą w zgodnym rytmie, dlatego nie wątpię, że zajmie się tym wszystkim należycie. – Odparła surowo starsza kobieta, poprawiwszy sobie ciasny, bułeczkowaty kok wyglądający tak, jakby – podobnie jak maniery nieznajomej – nigdy nie był poluzowany ani odrobinę.
W ratuszu zaś, rządca miasta, panna Maane uśmiechała się z lekkim niedowierzaniem, gdy syn jej, Vestenfor, pełniący funkcję gońca, przekazywał jej zasłyszane od gwardzistów wieści.
- Ciało nie zostało zidentyfikowane, ten, kto to zrobił zadbał o to, by było to niemożliwym. Jedyne, co możemy powiedzieć na pewno, to to, że dziecko zostało...oprawione tak, że nie ulega wątpliwościom, iż padło ofiarą praktyk nekromanckich. Sama więc widzisz, matko, że tego nie można tak zostawić. Ludzie wiedzą, kto to zrobił i oczekują...zemsty. – Szare oczy elfa rozjarzyły się niebezpiecznie, zaś nozdrza rozszerzyły się w nieumiejętnie ukrywanej uciesze, którą odczuwał na samą myśl o tym, co dziać się będzie w mieście niebawem. Podobnie jak wszyscy bowiem, żywił do nekromantów niepohamowaną wzgardę i niechęć, jednak nie bierną i podszytą strachem wynikającym z niezrozumienia ich praktyk, a żywą, zapiekłą, gotową popchnąć go do czynów strasznych, ale – w jego mniemaniu – najzupełniej usprawiedliwionych w świetle dzisiejszych wydarzeń.
- A ja dam im to, czego chcą, Vestenforze, znasz mnie i wiesz dobrze, że sama z ochotą pozbędę się tego, co mogłoby spędzać mi sen z powiek. Winni odczują mój gniew, niewątpliwie. Zostaw mnie teraz. – Majordom Adarlun wykonawszy gest niedbały, przypominający raczej odganianie natrętnej muchy krążącej wokół głowy, nakazała swemu synu odejście, a gdy ten uczynił to pokłoniwszy się jej głęboko, ujęła w dłoń pióro i uśmiechając się lekko, a niepokojąco szczerze, zaczęła pisać.
Nim zegary odmierzyły jedną miarę, nim obeschły łzy co wrażliwszych na krzywdę i nim pięści gwardzistów, zaciśnięte dotąd w geście nienawiści, rozluźniły się, na Centralną Polanę przybył Vestenfor Maane. Wszedłszy na podest przeznaczony dla herolda, otrzepał swą – o bogowie – czarną, acz wciąż strojną i bogatą szatę i rzekł głośno:
- Mieszkańcy Adarlun! Zbrodnia, jaka miała miejsce tej nocy godna jest najwyższego potępienia i zostanie ukarana, na co macie słowo mojej matki. Sprawiedliwość jednak wymierzycie wy sami! – Odczekawszy, aż pełen zdziwienia i ostrożnej aprobaty pomruk, jaki przetoczył się pośród zebranych, ucichnie, rozwinął pergamin pokryty równym, kanciastym pismem majordom Adarlun:
„Ja, Tenar Maane, wzywam Was, mieszkańcy Adarlun, byście podnieśli na siebie wzajem ręce, spojrzeli na siebie jak na wrogów, odrzucili sentymenty i nie bali się donieść na tych, co do których uczciwości nie macie pewności. Samosąd. Oto, co stanie się Waszym udziałem. Wszyscy nekromanci są podejrzani o dokonanie tej odrażającej zbrodni, przeto, by mieć pewność, że winni zostaną schwytani i ukarani należycie, wszystkich, którzy parają się czarną magią, należy niezwłocznie pochwycić i przyprowadzić do ratusza. Jeśli pochwycicie ich żywych i przyprowadzicie na próg mego gabinetu – ofiarowana Wam zostanie sztuka złota. Jeśli przywleczecie truchło nekromanckie do mnie na dowód swej wierności, dwie zostaną Wam dane. Sztuka złota przysługuje również każdemu, kto udzieli informacji na temat przebywania podejrzanych o praktyki nekromanckie, choćby miały być to zarzuty i podejrzenia bezpodstawne.
Wy zaś, nekromanci, wiedzcie, że gniew mój Was nie ominie. Niemożność udowodnienia niewinności ponad wszelką wątpliwość świadczyć będzie o przewinieniu, a każdy, którego pochwycimy traktowany będzie jako ten, który dopuścił się zbrodni i jako taki zostanie surowo ukarany.
Podpisano
Tenar `Szarańcza` Maane, majordom Adarlun
Vestenfor Maane odchrząknął i spojrzał na zebrany na placu tłum. Szeptom nie było końca, gdzieniegdzie rozbrzmiały okrzyki głośniejsze, wyrażające zadowolenie, ówdzie panowała cisza pełna przerażenia i niedowierzania.
Niektórzy powoli wycofywali się do swych domów, nie chcąc brać udziału w samosądzie, inni przeciwnie, głośno i żywo dyskutowali o tym, co zrobią każdemu, kogo pochwycą, kogo uznają winnym i kogo przyprowadzą do ratusza.
Złotowłosy elf uśmiechnął się lekko, zadowolony z decyzji matki i reakcji mieszkańców, po czym – otrzepawszy swą czarną szatę, zszedł z podestu i wrócił konno do ratusza, by tam pospołu z rządcą miasta oczekiwać pierwszych ofiar podburzonej ludności.
//Nie jest to sesja „na godzinę”. Karczma, forum, komentarze pod wieścią – działajcie wszędzie. Zamieszki będą trwać nieprzerwanie przez dłuższy czas. Życzę wszystkim miłej zabawy.//
".
|
|
|